CZARNOtourA

Cześć, sprawa jest. Masz sprawne auto?
– no mam, a co?
– to jedziemy na wakacje!

– Ale jak to, gdzie?, kto jedzie?? – Noo my i kto jeszcze będzie chciał.

– Ale gdzie i kiedy? – Czarnogóra! Yyy, kiedy? Myślę, że jakoś w lipcu.

Tak mniej więcej wyglądał początek naszej wyprawy w ten niezwykły zakątek Bałkanów.

 

Jak widać, tym razem nie było problemów z wyborem miejsca docelowego, po prostu była to niejako idealna kontynuacja po ubiegłorocznej wyprawie na Chorwację.
Klimat niemal ten sam co w sąsiedniej „Hrvatskiej”, tak więc w zasadzie w ciemno można było zakładać, że pogoda i tym razem nam dopisze.
Wadliwe auto, upał, tunel, co może pójść nie tak? O tym a także wiele więcej przeczytasz w dalszej części. Zaparz kawę i zaczynamy 😉

Transport

Miało być gładko, jak nigdy, było ciężej niż zazwyczaj. Klasyka…
Pierwotny plan – po ustaleniu, że ostatecznie jedziemy w 7 osób – zakładał, że pojedziemy na dwa samochody. I wszystko było super, do czasu. Do czasu, gdy na niespełna 2 tygodnie przed planowanym dniem wyjazdu jedno z aut uległo poważniejszej awarii. Złośliwość rzeczy martwych? Zły omen? Zrządzenie losu? Każdy tłumaczy to sobie na swój sposób ale dla nas nawet te złe wiadomości mogą oznaczać coś dobrego. Bo jakże nie cieszyć się na myśl jazdy jednym vanem, w gronie przyjaciół w ponad 20 godzinnej trasie. Ok, zabrzmiało wręcz przeciwnie ale naprawdę super opcja! Jednak podstawowym warunkiem była konieczność szybkiego znalezienia 7-mio osobowego vana w rozsądnych pieniądzach. W ruch poszły porównywarki, pośrednicy oraz tajne znajomości. I udało się! Z pełnym pakietem ubezpieczeń, w teorii bardzo ciekawie wyposażony Reneault Traffic – nasz niebieski taran. Minusem – jak się później okazało GIGANTYCZNYM – był brak czasu na lepszą weryfikację wynajmującego. Po dogadaniu wszystkich szczegółów pozostał tylko odbiór auta w dniu wyjazdu. Zaczęło się kiepsko – parukilometrowy korek na „zakopiance” spowodował naszą pierwszą obsuwę. Na miejscu okazało się, że niestety ubezpieczyciel nie wydał zielonej karty ale – jak zapewniał Pan Mateusz – za parę euro kupimy na przejściu granicznym i spokój. Ok, nie będzie problemu – pomyśleliśmy (oj będą!). Ponadto Pan M. zapewnił nas o świetnie działającej nawigacji, niedawno odnowionej klimatyzacji i opisał nam, gdzie dokładnie znajduje się koło zapasowe, lewarek i takie tam – wówczas nam się wydawało nieistotne – sprawy.
c.d.n…

Noclegi

Wyjazd stricte wakacyjny dlatego zależało nam, by jak najszybciej dotrzeć na miejsce, to też pomimo długiej trasy nie planowaliśmy żadnych noclegów po drodze. Mieliśmy 6 kierowców, tak że zawsze – przynajmniej w teorii – był ktoś zdolny do przejęcia kierownicy.
Noclegi również i tym razem znaleźliśmy za pośrednictwem portalu www.booking.com a dokładny link do naszego miejsca znajdziecie tutaj: http://www.booking.com/Share-9IexDD Apartament Maja. Mieszkanko to umiejscowione jest w dosyć ciasnej uliczce, nieco na uboczu od głównej drogi ale wciąż bardzo blisko do centrum Budvy oraz na plaże. Wnętrze zadbane, nieźle zaopatrzona kuchnia, długi balkon. Zdecydowanie polecamy to miejsce.

Trasa

O różnych trasach można by napisać niemały poradnik ale ja zajmę się tylko tą, na którą my się zdecydowaliśmy. O innych możecie poczytać w linkach, które zamieszczam na dole tego tekstu.
Tak że nasza trasa przebiegała tak: Kraków ⇒ Słowacja – Bańska Bystrzyca ⇒ Węgry ⇒ Chorwacja ⇒ Bośnia i Hercegowina ⇒ Czarnogóra – Budva 
W sumie około 1 252 km 

Dlaczego akurat ta?
Punkt I: najkrótsza (bądź jedna z najkrótszych) czyli względy ekonomiczne – mniej kilometrów do przejechania = mniej zużyte paliwa.
Punkt II: najtańsza, w zasadzie powiązany z pkt. I ale tutaj mowa przede wszystkim o opłatach za korzystanie z płatnych dróg. Winiety kupowaliśmy tylko na Węgry. (UWAGA! Pamiętajcie, by zjechać z głównej drogi przed Bańską Bystrzycą)
Punkt III: najpiękniejsza (bądź też jedna z najbardziej urokliwych), w dużej mierze dzięki fragmentowi, gdzie jedziemy kanionem rzeki Piva – coś pięknego…
Tak było w kierunku do Czarnogóry. Z powrotem wybraliśmy jednak trasę biegnącą Chorwackim wybrzeżem oraz z wykorzystaniem przepięknej magistrali adriatyckiej a także z wielu kilometrów autostrad w tym kraju. Tym samym z powrotem trasa przebiegała tak: Budva ⇒ Chorwacja – Dubrovnik ⇒ Bośnia ⇒ Chorwacja – Zagrzeb ⇒ Budapeszt ⇒ Bańska Bystrzyca ⇒ Kraków
W sumie 1441 km

Trasa znacznie dłuższa, znacznie droższa ale czasowo nieco krócej. Skąd taka zmiana trasy? Otóż powody były co najmniej dwa. Między innymi chodziło o uniknięcie wracania przez Bośnię – zapytasz dlaczego? – O tym później. Po drugie zależało nam też na czasie, gdyż musieliśmy być z powrotem w Krakowie przed 12:00 bo już o 13 odjeżdżał autobus zabierający nas na wypad kawalerski do Budapesztu! Nie obyło się bez nerwów, pomimo że wyjechaliśmy z dosyć sporym zapasem czasowym. Do Czarnogóry trasa zajęła nam około 23 godzin, z powrotem około 22 godzin.

W takim razie ruszamy…

Kraków 

13:30 – Po zebraniu całej siódemki, zrobieniu ostatnich zakupów nadszedł czas, by nareszcie wyruszyć w trasę. Przed nami ponad 20 godzin w samochodzie, gdzie raczej ciężko będzie zmrużyć oko na dłużej niż 30(?) minut – w rzeczywistości było chyba jeszcze gorzej. Jeszcze tylko ostatnie tankowanie, a trochę tego było, bo aż 90(!) litrów. Przy okazji zauważyliśmy, że w jednym kole jest mniej powietrza, niż w pozostałych, więc niewiele myśląc po proste je dopompowaliśmy i mogliśmy zaczynać nasz tour. I tak już jadąc chwilę ktoś wpadł na pomysł, że może już czas odpalić nawigację, zaoszczędzimy baterie w telefonach i w ogóle – świetny pomysł. Nawigator Grzegorz rozpoczął procedurę i trach! – pierwszy zonk, potrzeba nam było jakiejś karty, której nie mieliśmy. Szybki kontakt z Panem M. i jedyne czego się dowiedzieliśmy to, że możemy podjechać do niego a on postara się ją gdzieś znaleźć jeżeli bardzo nam zależy. Że jak!? Jeżeli nam bardzo zależy? Przecież miało być wszystko OK, mapy całej Europy, w ogóle bajka. No ale trudno, posypuję głowę popiołem, sam nie sprawdziłem czy navi działa, to teraz mam – biorę to na siebie. Co nie zmienia faktu, że nie tak się umawialiśmy. No nic, telefony w dłoń i jedziemy dalej…

⇔ Chyżne

Ostatni postój w Polsce, ostatnie tankowanie, następne dopiero w Bośni. Na Słowacji nie potrzebujemy winiety, bo omijamy jedyny płatny odcinek na naszej trasie. W naszym aucie atmosfera coraz luźniejsza, coraz to weselej, muzyka coraz głośniej a na drodze coraz wolniej. Niestety, jazda przez Słowację poza drogami szybkiego ruchu, pomimo pięknych, zalesionych górskich zbocz nie należy do najprzyjemniejszych i najciekawszych. Jeżeli na znaku jest ograniczenie do 50 km/h żaden słowacki kierowca nie pojedzie więcej. A, że żaden z naszych kierowców nie było skory do płacenia ewentualnych mandatów to także i my jechaliśmy raczej przepisowo.

Bańska Bystrzyca 

Dojeżdżamy do ważnego punktu. Pamiętajcie w tym miejscu, by zjechać z drogi głównej zgodnie z tym, jak to jest przedstawione na mapce. Dzięki temu nie musimy wydawać dodatkowych pieniędzy na opłaty drogowe. Ktoś powie, co to jest parędziesiąt złotych na 7 osób i ktoś może mieć rację, wszystko zależy od stopnia wygody, jaki sobie przyjmiemy. A z drugiej strony, tu zaoszczędzisz, tam zaoszczędzisz i będziesz miał na inne przyjemności.
Niedługo przed Bańską napotkaliśmy problemy z nawigacją. Telefon na którym była wgrana trasa coś nam ześwirował i nieco zgubiliśmy trasę (podróż ta miała miejsce jeszcze przed zniesieniem roamingu w UE toteż nie każdemu uśmiechało się korzystanie z Internetu poza granicami naszego kraju). Według pierwotnego planu mieliśmy jechać przez Sahy na Budapeszt, ale na skutek naszych pomyłek odbiliśmy trochę na zachód i jechaliśmy m.in. przez Ostrzychom czy Dorog a na naszą trasę powróciliśmy w okolicach Budaors/Erd. Jak widać nawet w XXI wieku, w dobie elektroniki można zabłądzić.

Šamac

Za nami prawie 13 godzin jazdy, około 3 nad ranem, dojechaliśmy na przejście graniczne pomiędzy Chorwacją a Bośnią. Jak już wcześniej pisałem humory w samochodzie dopisywały, dajemy Panom celnikom nasze paszporty a w zamian pada pytanie: zielona karta jest? – no nie ma ale chcemy kupić. Panowie zaczęli się naradzać między sobą, po czym wyszli z budki, zajrzeli do wnętrza naszego pojazdu a następnie pokierowali nas na parking. Miny szybko nam zrzedły. Jeden z celników zaprosił mnie do siebie i wytłumaczył łamanym angielsko-rosyjskim, jak się sprawy mają. – teraz nie możecie kupić zielonej karty, dopiero koło 8 rano BYĆ MOŻE ktoś przyjdzie do tych, tam budek (wskazał na parking wypełniony blaszakami) i wtedy może wam się uda kupić. Do tego czasu dalej nie pojedziecie. – Zlany zimnym potem przekazałem te informacje pozostałym. Konsternacja na twarzach, załamanie, smutek… Na całe szczęście był z nami Aleksander, który niedawno wrócił z podróży na Ukrainę: – oni Ku… chcą kasę – rzucił szybko – dajcie mi 30 euro, pójdę do nich i to załatwię. Przyznam szczerze, że nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z takimi praktykami, więc widok Aleksa idącego w kierunku celników z gotówką w kieszeni nie napawał mnie (a także pozostałych) optymizmem. Co innego 4 godziny postoju na parkingu a co innego oskarżenie o próbę przekupstwa urzędnika państwowego i to na dodatek setki kilometrów od domu.
Rozmowa się przeciągała, my z niecierpliwością czekaliśmy w aucie na dalszy rozwój wydarzeń. Nareszcie! Wraca, sam, coś ze sobą niesie, tak, ma to! Ma paszporty. Możemy jechać dalej. Warto teraz znów wrócić do zapewnień Pana M. – nie ma co się przejmować, zieloną kartę kupicie za parę euro na cały wyjazd. Otóż nie za parę euro a po drugie nic nie kupiliśmy, nikt nam nie dał żadnego pokwitowania, o jakimś dokumencie nie wspominając. Jeszcze będzie ciekawie…

Droga przez Bośnię jest swego rodzaju katharsis. Gdy tak jechaliśmy przez kolejne niewielkie miasteczka, osady, w zasadzie tuż po wschodzie słońca, z łatwością można było dostrzec, że nie jest to najlepsze miejsce do życia. Wszechobecna bieda, poopuszczane domy, przydrożny złom, stare samochody. Przesiadujący przy stacjach ludzie wyraźnie mieli na sobie odciśnięte piętno wydarzeń z przeszłości. Jeszcze bardziej smutno robi się na sercu, jak człowiek pomyśli sobie, że oto ja mijam tych wszystkich biednych ludzi i ich problemy, samemu jadąc na kolejne wakacje. Niestety tak wygląda ten świat. Nie ma równości, zawsze jeden ma więcej od drugiego i odwrotnie, zawsze znajdzie się ktoś, kto ma mniej niż ja/Ty, ktoś, kto ma w życiu ciężej niż my. Na co dzień często nie dostrzegamy tego, jak wiele mamy, jakimi jesteśmy szczęśliwcami, że żyjemy w Polsce, ciągle rozwijającej się Polsce a nie w pogrążonym w chaosie, wojnie czy rządzonym przez szaleńców, tyranów kraju.
Oczywiście w tym wszystkim trzeba oddać Bośni co jej. W tym całym zamieszaniu z łapówkami, stojącymi patrolami policji co parę kilometrów należy zwrócić uwagę na to dzikie piękno. W tym momentami zapomnianym przez Boga kraju znajduje się tyle niezwykłych sprzeczności, tyle miejsc wartych zobaczenia, że nie warto stawiać krzyżyka nawet, gdy nie witają nas tutaj zbyt przyjaźnie.

Po drodze jeżeli macie czas warto zatrzymać się jeszcze w Sarajewie. My mieliśmy taki plan w drodze powrotnej. A sami zrobiliśmy sobie postój w niewielkiej miejscowości Brod, przy moście z pięknymi widokami.

Czarnogóra.

Kanion rzeki Piva – w zasadzie już od wspomnianej miejscowości Brod zaczyna się oszałamiająco niezwykła jazda wzdłuż rzeki, niezbyt szerokimi ulicami, poprzez wiele idealnie wydrążonych w skałach tuneli, raz w górę, raz w dół, najpierw drogą asfaltową w otoczeniu lasów, gór i płynącej niejako razem z nami rzeki, by następnie asfalt został zastąpiony kamieniami, ziemią, szutrową drogą, tuż przy krawędzi urwiska. Można powiedzieć, że im gorsza trasa, tym piękniejsze widoki ale to nieprawda. Przez cały ten blisko stukilometrowy odcinek możemy cieszyć oczy czymś coraz to bardziej niesamowitym. Możemy zachwycać się tym, ile trzeba włożyć pracy, by stworzyć taką drogę, możemy napawać się czystością, niezmąconym spokojem nas otaczającym, a do tego ta woda.

DSC00047
zapierający dech w piersiach widok na kanion rzeki Piva
DSC00057
jeden z wielu tuneli na trasie kanionu

Po dojechaniu w okolice zapory, miast płynącej swoim nurtem rzeki, widzimy sztuczne jezioro, gładką taflę wody o kolorze matowego szafiru w otoczeniu zdumiewających wyniosłości skalnych. Widok, jak z pocztówki, niejeden grafik nie powstydziłby się takiego dzieła a to po prostu nasza matka natura.

piva2

piva3

Pośród tych bajkowych wręcz realiów nadszedł czas, by zejść nieco na ziemię, gdyż wskaźnik poziomu paliwa wskazywał już jedną kreskę. Ale przerwa na tankowanie w takich okolicznością to czysta przyjemność. Niestety ta radość uszła z nas tak szybko, jak powietrze z naszego koła. Tak, tak, tego samego, z którym był problem w Polsce. Wtedy już wiedzieliśmy, że to coś poważniejszego. Ale spróbowaliśmy jeszcze raz po prostu napompować je do pełna i zobaczymy, jak będzie dalej.
Następnie po pokonaniu tych wzniesień zjechaliśmy w doliny a tam pełen folklor. Krowy, owce idące samopas wzdłuż drogi, nic sobie nie robiące z obecności paru samochodów – jakby zdawały się mówić, że to ich droga i to inni my musimy tym razem zaczekać.
Dalej droga już nieco bardziej przypominała nam polskie standardy.

DSC00065
klimat czarnogórskich dróg

Również i Podgoricę minęliśmy bokiem, z założeniem, że zahaczymy o nią w drodze powrotnej – tak się niestety nie stało. Niemniej jeśli Wy wybierzecie tę trasę proponuję zajrzeć do centrum i zobaczyć ten kawał historii.
Szybkie spojrzenie na nawigację a tam ciągle 2h do celu. Trochę jakby drogi przybywało, zamiast ubywać. Niestety z biegiem czasu postojów było coraz to więcej, stąd ten efekt.

Na szczęście po kolejnych kilometrach pokonanych – po trzeba przyznać bardzo dobrych drogach – naszym oczom ukazała się wspaniała panorama Budvy, zamkniętnej niejako w dolinie, otoczonej z każdej strony wzniesieniami oraz błękitnym morzem. Jeszcze tylko parę kilometrów w dół, po dosyć stromych i krętych zjazdach i oto dotarliśmy do naszego „Apartamentu Maja”.
Po blisko 23 godzinach spędzonych w naszej niebieskiej beczce, w trasie obfitującej w skrajne emocje; od śmiechów, przez krzyki, po zwątpienie, załamanie, niemal łzy jesteśmy w tym kolejnym mini raju na ziemi.

⇔ Budva 

DSC00071
panorama Budvy niemal w samo południe

Dlaczego akurat Budva, dlaczego znów najbardziej oblegane przez turystów miejsce? Poniekąd lubimy takie miejsca (a przynajmniej część naszej ekipy) a z drugiej strony mając do dyspozycji własny samochód wystarczy nam dobra baza wypadowa, a gdy najdzie nas ochota możemy pojechać w dowolne miejsce w okolicy. A to miasto łączy właśnie ze sobą bardzo dobre położenie z wieloma atrakcjami a także wspaniałymi plażami, na czele z Mogren Beach, ach!

13:30 Czarnogóra, Budva City, Apartament Maja,

Po wciśnięciu naszego zmęczonego auta na miejsce parkingowe znów okazało się, że brakuje powietrza w jednej z opon ale teraz nie zaprzątaliśmy sobie tym głowy. W tym momencie ważniejsze było to, gdzie spędzimy najbliższe parę dni. Apartament, jak to ładnie brzmi. Raczej takie mieszkanko na drugim piętrze w budynku wielomieszkaniowym. Z zewnątrz delikatnie mówiąc bez szału – zerknęliśmy wszyscy tylko po sobie, zdając się mówić jeden do drugiego: – na zdjęciach wyglądało to znacznie lepiej… Na szczęście po wejściu do mieszkania okazało się, że wnętrze już bardziej przypomina to ze zdjęć. Uff… Odetchnęliśmy wszyscy z ulgą. Szybkie rozlokowanie, przybornik plażowy pod rękę i ruszamy badać okolicę a przede wszystkim jedzenie i plaże.
Tak, jak wspomniałem na wstępie, nasze lokum znajdowało się w samym centrum miasta, do głównych atrakcji wystarczyło przejść paręset metrów i już byliśmy na promenadzie. Zaraz za nią znajduję się plaża Greco. Tam właśnie przywitaliśmy się z Morzem Adriatyckim i trzeba przyznać, że akurat to miejsce będziemy wspominać chyba najgorzej z całej tej wyprawy. Piasek na plaży raczej niezbyt czysty, w wodzie od samego brzegu przez kolejnych paręnaście metrów same kamienie, wcale niemałe, śliskie, nieprzyjemne. Woda również jakaś taka niezbyt przyciągająca uwagę. Pierwsze wrażenie więc na duży minus. Szybki obiad w jednej z okolicznych knajpek – też in minus, jedzenie słabe a obsługa też raczej wolałaby usłyszeć język angielski, aniżeli naszą słowiańską mowę.
Tak, że podwójny minus na start, nie tego się spodziewaliśmy po tak długiej podróży. Z nieco podkulonym ogonem wróciliśmy więc do naszego mieszkania i rozpoczęliśmy poszukiwania plaży na następne dni. Wybór szybko padł na Mogren Beach – wg opinii, piękna piaszczysto-żwirowa plaża u podnóża pionowych formacji skalnych. Brzmi zachęcająco, zobaczymy…

Budva nocą

Po rozpakowaniu i zrobieniu się na bóstwo, nadszedł czas ruszyć na podbój miasta. Trzeba przyznać, że dzieje się tutaj dużo. Przy głównej promenadzie stoi klub przy klubie, w wielu lokalach świetna koncepcja otwartej przestrzeni, przy czym każdy kolejny proponuje nieco inny rodzaj muzyki, tak że każdy powinien znaleźć swój zakątek. Znalazł go też nasz kolega Maks, mianowicie w miejscu Torch Beach Club – przyjemna restauracja, gdzie wieczorami można było potańczyć przy gorących rytmach salsy. Ponadto po drodze mijamy tradycyjnie mnóstwo budek z pamiątkami, jedzeniem, wesołe miasteczko i wiele innych. Z ciekawszych miejscówek do zabawy, potańczenia należy na pewno wyróżnić Trocadero a także wielki klub na wzgórzu – Top Hill, znajdujący się zaraz przy Aqua Parku. I na koniec jeszcze smutna wiadomość dla wielbicieli długiego imprezowania, mianowicie imprezy w Budvie rozkręcają się dosyć późno i powoli (start około 21/22) a co gorsza kończą się jeszcze szybciej, w zasadzie niemal z zegarkiem w ręku większość miejsc przy promenadzie zamyka swe podwoje o 1 w nocy – dla nas było to zupełnie niepojęte…

jachty
zabawki tych bogatszych

Budva za dnia

Jako że był to wypad bardzo wakacyjny – w samym środku lipca – to główną atrakcją każdego dnia było plażowanie, a jakże! Po tym jak definitywnie odrzuciliśmy Greco Beach przystąpiliśmy do szturmu na:
– Mogren Beach. By na nią dotrzeć wystarczy dojść do końca promenady, minąć z prawej strony stare miasto i iść dalej na prawo, gdzie będzie znak. Dalej idzie się specjalnie przygotowaną ścieżką z płasko ułożonych kamieni, niemal ocierając się o strzeliste nawisy skalne. Przy okazji po drodze mijamy słynną statuę tańczącej baletnicy – ot taka atrakcja turystyczna Budvy – z charakterystycznie wytartymi miejscami.

DSC_0403
wspomniana baletnica – znak rozpoznawczy Budvy

Po przejściu zaledwie 100, może 200 metrów naszym oczom ukazała się wreszcie nasza plaża docelowa. I tak, jak wiele plaż jest usytuowanych w przepięknym miejscu, tak ta robi jeszcze większe wrażenie. Niezbyt szeroka, lekko żwirowa plaża ze złocistym piaskiem,  który w tym lipcowym słońcu niemal płonie pod naszymi stopami. Szafirowa woda, rozbłyskująca promieniami odbitego światła słonecznego niesamowicie kontrastuje z żółto-pomarańczowym odcieniem pofałdowanych skał, które w zasadzie pionowo wzbijają się na paręnaście metrów w górę, sprawiając wrażenie jakby zwisały ponad naszymi głowami i w każdym momencie mogły nas przygnieść swoim ciężarem (dla własnego bezpieczeństwa lepiej nie skrywać się w cieniu pod samą ścianą, gdyż czasami nawet samoistnie może coś odpaść).

 

trochę tłoczno - mogren beach
Mogren Beach w szczycie dnia

Po przejściu przez tunel w skale a następnie minięciu drugiej plaży możemy dostać się całkiem łatwo na wspaniały punkty widokowy, z którego można podziwiać panoramę Budvy i okolic, a także – dla tych lubiących adrenalinę – poskakać do wody i to bez żadnych obaw, bo w tym miejscu jest na moje oko z 10 metrów głębokości.

DSC_0128

DSC_0443
widok z punktu widokowego za plażą Mogren II

Krystalicznie czysta woda pozwoli także miłośnikom snorkelingu dostrzec tutejszą ciekawą faunę morską. Na miejscu znajduje się także centrum sportów wodnych, więc dla chętnych jest w czym wybierać. Co do samego plażowania to z racji tego, że plaża jest dosyć wąska, dodatkowo pewną część zajmują leżaki (płatne 10-15 euro) a także z racji bliskości centrum i wspomnianych wcześniej walorów w sezonie letnim jest tutaj bardzo tłoczno, warto więc przyjść z samego rana, by zająć odpowiednie dla siebie miejsce na własnym ręczniku. Kolejną ważną sprawą jest to, że na Mogren I ( ta pierwsza od wejścia, ze skałą) nieco wcześniej będzie wiele zacienionych miejsc, z racji wspomnianej wcześniej zasłony w postaci skał.

hihi

DSC_0098
Mogren Beach I
DSC_0179
Mogren Beach II

Jeśli zapragniecie zobaczyć jak to jest na innych plażach to polecam także:

Jaz Beach – około 6 km od centrum Budvy, duża kamienista plaża, składająca się części pierwszej (około 500m) oraz drugiej mniej więcej połowę mniejszej, gdzie często przesiadują nudyści. W sezonie często mają tu miejsce różne występy, koncerty i inne atrakcje. Tuż obok znajduję się także pole kempingowe (może nie najwyższych lotów ale jest). Jako ciekawostkę dodam, że to właśnie na tej plaży miał miejsce w 2007 roku koncert Rolling Stones (zgromadził około 35 tys. ludzi).

Ploce Beach – oddalona o około 10 km od Budvy, zupełnie inna, niż poprzednie, w zasadzie cała pokryta betonowymi płytami, dlatego bezpłatny wypoczynek na ręczniku niekończenie będzie należał do przyjemnych. Za leżaki i inne udogodnienia trzeba zapłacić. Parking bezpłatny ale po wejściu na teren plaży możecie zostać przeszukani i zmuszeni pozostawić lub spożyć swoje napoje (alkohole i bezalkoholowe) przed wejściem. Ma to zapewne związek z tym, że na terenie obiektu znajdują się restauracje i inne punkty gastronomiczne i chcą zapewne, by turyści jak najwięcej pieniędzy zostawili na miejscu.
Jednak jest to świetne miejsce dla osób lubiących muzykę, zabawę. Muzyka gra (a nawet dudni) tutaj cały dzień, bar i stoliczki w basenie, piana party i wiele innych atrakcji czeka na Was na Ploce Beach.

Ponadto warto przyjrzeć się jeszcze tym plażom:
Kamenovo Beach
Trsteno Beach

fajne foto z plaży

Jak widać, jest gdzie wypoczywać w promieniach słońca i naprawdę trzeba przyznać, że urokiem plaże na Czarnogórze tylko nieznacznie odbiegają poziomem od tych na Chorwacji. Ponadto podobnie warto mieć ze sobą buty do wody a raczej na plażę, gdyż nie każdemu masaż stóp przypadnie do gustu.

A co, gdy już zajdzie słońce lub pogoda nie dopisze na tyle, by spędzać czas w morzu?

DSC_0188
mury starego miasta i główna promenada Budvy

Daleko nie trzeba szukać, bo tuż przy głównej promenadzie znajduje się stare miasto otoczone średniowiecznymi murami, wewnątrz których możemy dać ponieść się własnym nogom przemierzając bardzo ciasne ale posiadające swój niepowtarzalny klimat kamienne uliczki. Jest ich tak wiele, że z łatwością można się pośród nich zatracić i zgubić orientację – wiem, co mówię. Jednak na końcu niemal każdej z nich znajdziemy coś równie ciekawego do zobaczenia. Od najbardziej oczywistych w takich miejscach restauracji i sklepików po zdecydowanie bardziej przystające do takiego miejsca obiekty, jak m.in. charakterystyczna cytadela, wielokrotnie odbudowywana, skrywające w sobie wiele historii naszych przodków. Niektórzy znajdą także coś dla siebie w Kontrkatedrze Jana Chrzciciela, Cerkwiach Św. Trójcy oraz Sawy oraz o najstarszej budowli w mieście czyli Kościół Santa Marija in Punta z IX wieku, skrywający m.in. dzieła twórców weneckich z epoki średniowiecza i renesansu. Na koniec zwiedzania Starego Miasta warto jeszcze wybrać się na spacer po murach obronnych, które co prawda nie robią takiego wrażenia, jak te w Dubrowniku ale na pewno dadzą Wam okazję do zdobycia paru kolejnych pięknych ujęć do Waszego albumu.

mury starego miasta

DSC_0245
starówka po zachodzie słońca
DSC_0205
niezwykły klimat uliczek starego miasta
DSC_0225
widok na wyspę Świętego Mikołaja

Jeśli jednak znudzi się Wam sama Budva to może warto wybrać się na niewielką wysepkę Św. Mikołaja. Nie ma tam co prawda wielu atrakcji ale może to być przyjemna odskocznia od ciągle buzującego, zatłoczonego miasta na pobliskim stałym lądzie.

fajne foto z plaży2
w drodze na Mogren Beach (w tle wyspa Św. Mikołaja)

DSC_0180

 

Możecie również wybrać się pieszo czy też na rowerze na wycieczkę w kierunku wyspy Świętego Stefana. Na samą wyspę nie zostaniecie niestety wpuszczeni – chyba że wykupicie sobie wcześniej nocleg – z racji tego, że od pewnego już czasu jest ona prywatną własnością i jest to raczej niezwykły resort dla jeszcze bardziej niezwykłych gości, niż zwykłe miejsce do zwiedzania, dla zwykłych śmiertelników, jak my.

Kasa misiu, kasa…

Cenowo Czarnogóra nie wygląda najgorzej. Co prawda obowiązującą walutą jest tutaj EURO (niegdyś była to niemiecka marka) co już niejako samo wymusza nieco wyższe ceny. Jednak nawet Budva pomimo typowo turystycznego nastawienia nie opróżnia portfela w oka mgnieniu. Ceny w sklepach w przeliczeniu na złotówki są co prawda nieco wyższe, niż w Polsce ale tragedii nie ma (przykładowe ceny). W restauracjach za zestaw obiadowy trzeba zapłacić od około 10 euro wzwyż (gdzieniegdzie można znaleźć tzw. Menu Dnia w nieco niższej cenie ale różnie bywa z jakością takich dań). Najlepiej trzymać się zasad, że jak już jecie na mieście to z dala od głównych atrakcji turystycznych oraz, że warto wybierać miejsca, gdzie jadają miejscowi – na pewno będzie taniej i nierzadko bardzo smacznie a także będziecie mieli okazję spróbować tutejszej kuchni, która jest na pewno inna od naszej polskiej ale mi osobiście przypadła do gustu. Oczywiście najlepiej będzie, jak będziecie mieli w swej ekipie świetnego kucharza i wówczas problem z głowy – pozdrowienia dla Grzegorza. Koszty wydatków znacząco spadną i będziecie mogli wydać więcej pieniędzy na degustowanie tutejszych win i innych specjałów.

⇔ Kotor

DSC_0659
widoki znajome, czyż nie?

Zgodnie z wcześniejszymi planami – tak, lubię mieć wszystko zaplanowane – kolejnego pięknego dnia postanowiliśmy ruszyć w stronę miasta Kotor. Najpierw oczywiście musiał znaleźć się ktoś, kto nie będzie zionął z rana wodą ognistą. Na całe szczęście dosyć szybko znalazł się ochotnik – Aleksander, pogromca Czarnogórskich szos – i mogliśmy ruszyć w niedługą (wg nawigacji 23km – 30 min) podróż do zatoki kotorskiej. Trasa przebiegała sprawnie, bez żadnych problemów do czasu… do czasu, gdy wjechaliśmy to dosyć długiego tunelu, którego wyjazd był niejako wjazdem do naszego punktu docelowego czyli Kotoru. Okazało się, że w owym tunelu nie działają wentylatory, wydmuchujące spaliny na zewnątrz. Wówczas dobitnie dał o sobie znać brak sprawnej klimatyzacji (która wg zapewnień Pana M. miała działać miodzio). Zaraz po wjechaniu do tunelu utknęliśmy w korku który – jak się później okazało – ciągnął się do samego centrum miasta. Zwykły nawiew w samochodzie nawet pomimo ustawienia na chłodzenie wciąż bardziej grzał, wówczas jedynym rozwiązaniem było otwarcie okien ale po ich otwarciu okazało się, że ilość spalin w tunelu jest tak wielka, że zaczęliśmy się dusić. Zamknęliśmy więc szybko okna i ustawiliśmy nawiew na wewnętrzny obieg ale było już za późno i w środku zaczęło być niezbyt przyjemnie. Mdlący odór spalin, brak świeżego powietrza, upał powodował, że co poniektórzy już wyobrażali sobie najgorsze.
Na nasze szczęście wkrótce ujrzeliśmy – dosłownie – światełko w tunelu i pierwsze co zrobiliśmy zaraz po wyjechaniu z niego to otworzyliśmy wszystkie okna!
Dalsza droga w okolice centrum Kotoru ciągnęła się wzdłuż niekończącego się sznura samochodów. Summa summarum dojechanie do celu zajęło nam blisko 1,5h zamiast zakładanych 30 min, bywa.
Po zaparkowaniu naszego vana ruszyliśmy w kierunku starego miasta, by wyjść w górę na punkt widokowy. Ponad 30 kresek w cieniu a my z 1,5 litrową butelką na 7 osób ruszyliśmy przed siebie (po drodze można spotkać osoby sprzedające napoje ale w cenach doprawdy powalających ).
Droga zdawała się nie mieć końca, pot lał się strumieniami od czubka głowy po końce palców u stóp. Już sam nawet nie pamiętam ile czasu zajęło nam wyjście, czterdzieści minut? godzinę? Po drodze warto na pewno zatrzymać się przy niewielkim kościółku/kapliczce. Ale to, co najważniejsze, zapierający dech w piersiach widok na zatokę kotorską wynagrodził po stokroć nasz wysiłek z poprzednich godzin. Po zrobieniu paru zdjęć zeszliśmy żwawo w dół na zasłużony posiłek i zimne piwo. Będąc w Czarnogórze zwracajcie uwagę na to, co kelner nabija Wam na rachunek. Dopytajcie o każdy element zamówienia. Zdarzyło się nam, że mieliśmy więcej na rachunku, niż rzeczywiście zjedliśmy. Ponadto zdarzyło nam się, że kelner doliczył do naszego rachunku 12% całości, jako obsługę i zarzekał się, że było to napisane w menu – sprawdziliśmy i nie było. W taki oto sposób pomimo, iż jedzenie było smaczne wychodziliśmy z restauracji bardzo zniesmaczeni, tym jak zostaliśmy potraktowani.
Jeszcze trochę pospacerowaliśmy po mieście i zdecydowaliśmy się na powrót do Budvy. Przyznam szczerze, że oprócz wspaniałych widoków, które rzeczywiście zostają w pamięci na długo wizyta w Kotorze nie nakręciła mnie na tyle, by jeszcze tam wrócić. Kto wie, może wina leży po naszej stronie, bo nie daliśmy sobie więcej czasu na zakosztowanie, poczucie tego miejsca. Choć z drugiej strony życie nauczyło mnie, że nie można niczego być pewnym, więc kto wie, być może, gdy następnym razem będę w okolicy znów zawitam do malowniczego Kotoru?

I to by było na tyle jeśli chodzie o nasze zwiedzanie podczas naszego tour do Czarnogóry. Tym razem nie było tego za wiele ale przy takiej pogodzie naprawdę odechciewa się chodzenia pośród zabudowań a tym bardziej szkoda uciekać przed witaminą D do wnętrz budynków.

uliczki starego miasta kotor
uwielbiam te ciasne, bałkańskie uliczki
DSC_0721
Dubrownik II?

Pożegnań czas…

Nadszedł czas, by pożegnać się z Budvą. Dzień przed wyjazdem postanowiliśmy, że najwyższa pora uiścić opłatę klimatyczną. Gdy dotarłem do punktu opłat okazało się, że jest jeszcze coś. Otóż właścicielka mieszkania, które wynajmowaliśmy powinna była nas zarejestrować jako gości i że można to było zrobić maksymalnie do 2 (może 3?) dni po przyjeździe. Na nic były moje prośby, Pani w okienku stwierdziła, że nic nie może teraz wskórać i że jedyne co może polecić to w zaistniałej sytuacji radzi nam jedynie nie wracać przez Bośnię – żeby uniknąć potencjalnych problemów na granicy. W tym momencie stało się jasne, że jednak trzeba zmienić plan trasy powrotnej na tę, o której pisałem na początku czyli przez Dubrownik. Drugim argumentem za zmianą trasy był oczywiście brak zielonej karty na Bośnię (posiadaliśmy jedynie na Czarnogórę).
A w związku z tym, że następnego dnia musieliśmy zdążyć na autobus do Budapesztu trzeba było wybrać trasę przez Chorwackie autostrady – tym samym wydaliśmy na opłaty drogowe dużo więcej, niż zakładaliśmy. Co poradzić, uroki wyjazdu samochodem z limitem czasowym – czas to pieniądz, jak to mówią.

DSC_0278DSC_0198DSC_0367

Na koniec kolejna niemiła niespodzianka związana z Panem M. Pisałem tutaj o naszych problemach z oponą i jak się okazało po kilku dniach stania na parkingu problem się uwydatnił, mianowicie powietrze zeszło całkowicie! Bez pompki, bez możliwości jazdy na stację zdecydowaliśmy się wymienić całe koło na zapasowe i na nim wracać. I oczywiście kolejny problem, podnośnik, który był w naszym aucie był przeznaczony do BMW! Do tego zakończony jakimś plastikiem, przez co auto się ześlizgiwało podczas próby uniesienia… Po kilkudziesięciu minutach działań udało nam się zmienić feralne koło i nareszcie nasze Renault było gotowe do długiej drogi do domu.

Dzięki Bogu i naszym zdolnym kierowcom droga powrotna przebiegła bardzo sprawnie. Na przejściach granicznych Chorwacja ⇒ Bośnia ⇒ Chorwacja po zobaczeniu polskiej rejestracji patrzyli na nas dużo bardziej wyrozumiale, niżeli Panowie z poprzedniej trasy. Tak oto po nieco ponad 21h jazdy byliśmy z powrotem w Krakowie – i mieliśmy jeszcze nawet nieco ponad godzinę na przepakowanie się na kolejną podróż 😉

PS
Procedurę zwrotu samochodu przemilczę, bo nie była to miła rozmowa a na dodatek straciliśmy 150 zł z naszej kaucji…

Czarnogóra to piękny kraj, do tego wyraźnie bardziej dziki niż sąsiednia Chorwacja, która przynajmniej dla mnie jest ten stopień wyżej – nie wszyscy podzielają moje zdanie. Pomimo, iż podziwialiśmy ją głównie zza okien samochodu wywarła na nas duże wrażenie, pozostawiając gdzieś tam w sercu tę nutę tęsknoty i zarazem nadziei, że pewnego dnia tutaj również wrócimy. Może niekoniecznie do Budvy, bo po co wracać w te same miejsca, skoro – pomimo niewielkich rozmiarów – jest tutaj jeszcze wiele niezwykłych zakątków. Czarna Perła Bałkanów – jak mawiają niektórzy – miejsce, które mogę szczerze polecić zarówno miłośnikom zwykłego opalania w blasku palącego słońca, jak i miłośnikom architektury czy też dzikiej natury. Kto nie był, choć raz powinien się tam wybrać.  

IMG_20170717_173722

 

Koszty

Poniżej prezentuję poszczególne wydatki podczas naszej całej podróży. Wyjazd w terminie 13-21 lipca, organizowany na własną rękę, noclegi bez wyżywienia (6 nocy). Jedzenie zazwyczaj gotowaliśmy sobie sami w domu, choć czasami jadaliśmy też na mieście. Jak zawsze podaję koszty w przeliczeniu na jedną osobę.

Transport (wynajem, paliwo, winiety/opłaty drogowe): 512 zł
Noclegi: 561 zł
Zakupy (przed wyjazdem z Polski): 200 zł
Kieszonkowe: 311 zł

SUMA= 1584 zł

Przydatne linki:

Sporo o różnych trasach do Czarnogóry
Forum o Chorwacji – ale także skarbnica wiedzy o Czarnogórze
Kolejny opis różnych tras w kierunku Czarnogóry
Portal umożliwiający zakup winiet on-line na wiele krajów europejskich
Sytuacja drogowa w Chorwacji
Informacje na temat winiet na Węgrzech
Między innymi wykaz płatnych dróg na Słowacji
Winiety elektroniczne na Słowację

Ciekawe blogi o Czarnogórze:
http://lovemontenegro.blogspot.com
http://balkanyrudej.pl
http://naszebalkany.pl/czarnogora/dziennik-z-podrozy/

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close